Leon Sipling jęknął i odsunął papiery. W instrukcji liczącej tysiące był jedynym pracownikiem migającym się od roboty. Był prawdopodobnie jedynym yancemanem na Callisto, który w tej chwili nie robił tego, co do niego należało. Wiedziony strachem i rozpaczą połączył się przez audio z Babsonem, kontrolerem ogólnym.
   - Wydaje mi się, Bab, że jestem w kropce - powiedział zachrypniętym głosem. - Nie moglibyście wyświetlić mi obrazu do mojego miejsca? Może jakoś złapałbym rytm... - Uśmiechnął się słabo. - Poszum innych twórczych umysłów.
   Po chwili wahania, z niesympatycznym wyrazem grubo ciosanej twarzy, Babson sięgnął do przełącznika.
   - Wstrzymujesz robotę, Sip? Trzeba z tym zdążyć do wiadomości o szóstej. Według programu podczas przerwy obiadowej jest transmisja.
   Na ekranie ściennym zaczęła się już formować wizualna część postaci i Sipling przeniósł na nią całą swoją uwagę, zadowolony, że ma pretekst, aby uciec od zimnego spojrzenia Babsona.
   Ekran ukazał trójwymiarowego Yanceya, w zwykłej pozie trzy czwarte, od pasa w górę. John Edward Yancey w swojej spłowiałej koszuli roboczej; podwinięte rękawy, smagłe owłosione ręce. Mężczyzna w średnim wieku, pod sześćdziesiątkę, z opaloną twarzą, czerwonawą szyją, dobrodusznym uśmiechem i przymrużonymi oczyma - ponieważ patrzył w słońce. W tle widać było obejście - garaż, ogród kwiatowy i tył schludnego białego plastikowego domku. Yancey, spocony i zmęczony upałem i strzyżeniem trawnika, uśmiechał się do Siplinga - jak to sąsiad, który przystanął, żeby wymienić kilka niewinnych uwag na temat pogody, planety i sytuacji w najbliższej okolicy.
   - Wyobraźcie sobie - odezwał się Yancey w audiofonach na biurku Siplinga - że mojemu wnukowi Ralfowi zdarzyła się któregoś ranka cholernie głupia historia. - Mówił tonem ściszonym, bardzo osobistym. - Wiecie, jaki jest Ralf, zawsze lubi być w szkole o pół godziny wcześniej ... chce siedzieć w ławce przed wszystkimi.
   - Nadgorliwiec - burknął Joe Pines przy sąsiednim biurku. Z ekranu Yancey ciągnął dalej nie speszony, pewny siebie, sympatyczny.
   - No więc Ralf zobaczył wiewiórkę - siedziała sobie spokojnie na chodniku. Ralf przystanął, żeby się jej przyjrzeć. - Mina Yanceya była tak autentyczna, że Sipling prawie mu uwierzył. Niemal widział wiewiórkę i najmłodszego płowowłosego wnuka Yanceyów - znajome dziecko znajomego syna najbardziej znajomej - i lubianej - postaci na całej planecie.
   - I ta wiewiórka - wyjaśnił Yancey - jak to wiewiórka - zbierała orzechy. A przecież, do licha, to było całkiem niedawno, środek czerwca. Taka mała wiewióreczka - rękami pokazał rozmiary - zbierała te orzechy i chowała na zimę.
   Nagle wyraz rozbawienia i niewymuszonej swobody znikł z twarzy Yanceya i zastąpiło go poważne skupienie - bardzo znaczące. Niebieskie oczy pociemniały (dobra robota facetów od koloru). Szczęka stała się bardziej kwadratowa, stanowcza (brawo zespół androidowców!). Yancey wydawał się teraz starszy, bardziej uroczysty, imponujący, dojrzalszy. Nagle ogród znikł, a na jego miejsce pojawiło się inne tło. Yancey stał teraz mocno osadzony w pejzażu typowo kosmicznym - wśród gór, wiatrów i wielkich, starych lasów.
   - Zacząłem się zastanawiać - powiedział głosem jakby głębszym, powolniejszym. - Taka mała wiewióreczka... Skąd ona mogła wiedzieć, że nadchodzi zima? A jednak się do niej przygotowywała. - Głos nabrał wyższych tonów. - Przygotowywała się do zimy, której nigdy nie widziała.
   Sipling zesztywniał i też się przygotował - nadchodziła jego kolej.
   Joe Pines, przy swoim biurku, wyszczerzył zęby i wrzasnął:
   - Gotowe!
   - Ta wiewiórka - rzekł uroczyście Yancey - miała wiarę. Nie, oczywiście, że nigdy nie widziała nawet śladu zimy. A jednak wiedziała, że zima nadchodzi. - Mocna szczęka poruszyła się, ręka wolno uniosła do góry...
   I w tym momencie Yancey zamarł. Zastygł w bezruchu, milczący, pozbawiony głosu, przerywając swoje przesłanie w pół myśli.
   - Proszę bardzo - rzekł agresywnie Babson wygaszając Yanceya. - Pomogło ci?
   Sipling nerwowo przebierał w papierach.
   - Nie - przyznał. - Szczerze mówiąc, nic. Ale... ale ja coś wymyślę.
   - Mam nadzieję. - Twarz Babsona pociemniała złowieszczo, a jego małe, złośliwe oczka jak gdyby się jeszcze zmniejszyły. - Co się z tobą dzieje? Masz jakieś problemy domowe?
   - Wszystko będzie w porządku - mruknął Sipling, na którego wystąpiły poty. - Dziękuję.
   Na ekranie pozostał słaby zarys sylwetki Yanceya, z ustami w dalszym ciągu ułożonymi do słowa "wiedziała". Reszta była w głowie Siplinga: dalszy ciąg słów i gestów nie został wyprodukowany ani wmontowany w układ. Brakowało udziału Siplinga, a więc cała postać została nagle zatrzymana w pół słowa.
   - Wiesz co - powiedział Pines zmieszany - ja to wezmę za ciebie. Wyłącz swoje biurko, to ja się włączę.
   - Dzięki - mruknął Sipling - ale tę cholerną część mogę zrobić tylko ja. To jest gwóźdź programu.
   - Powinieneś odpocząć. Jesteś przemęczony.
   - Tak - zgodził się Sipling na granicy histerii. - Jestem wykończony.
   Było to oczywiste dla każdego w biurze. Ale tylko jeden Sipling znał przyczynę tego stanu. Tylko że Sipling z całej siły walczył, żeby jej na głos nie wykrzyczeć.

   Zasadniczej analizy środowiska politycznego na Callisto dokonywały komputery Niplanu w Waszyngtonie, ale końcowe oceny były dziełem ludzkiego personelu technicznego. Komputery mogły stwierdzić, że ustrój polityczny Callisto zmierza ku totalizmowi, ale nie potrafiły wyjaśnić, co to znaczy. Do tego, by zinterpretować ową tendencję jako niebezpieczną, potrzebni byli ludzie.
   To niemożliwe - zaprotestował Taverner. - Na Callisto istnieje stały ruch towarowy; z wyjątkiem syndykatu Ganimeda mają w garści cały handel międzyplanetarny. Wiedzielibyśmy, gdyby się tam działo coś niedobrego.
   - A skąd mielibyśmy to wiedzieć? - zapytał szef policji Kellman.    Taverner wskazał arkusze danych, wykresy i tabele liczb i procentów, które pokrywały ściany biur Policji Niplanu.
   - Zamanifestowałoby się to na sto różnych sposobów. Akcje terrorystyczne, więzienia polityczne, obozy zagłady. Słyszelibyśmy o samokrytykach, zdradach, nielojalności - o wszystkich tych głównych atrybutach dyktatury.
   - Proszę nic mylić totalizmu z dyktaturą - powiedział sucho Kellman. - Państwo totalitarne ingeruje we wszystkie sfery życia obywateli, urabia ich opinie na każdy temat. Dyktaturę może sprawować rząd albo parlament, albo wyłoniony w wyborach prezydent czy wreszcie rada duchownych, to nie ma znaczenia.
   - W porządku - Taverner dał się przekonać. - Jadę. Wezmę ludzi i zobaczymy, jak to wygląda z bliska.
   - Ale czy potraficie się zrobić na Callistotów?
   - A jacy oni są?
   - Nie jestem pewien - przyznał Kellman, w zamyśleniu spoglądając na okrywające ściany skomplikowane wykresy. - Ale obojętne, jacy są, robią się powoli jednakowi.

   Wśród pasażerów międzyplanetarnego statku pasażerskiego, który wylądował na Callisto, był Peter Taverner z żoną i dwojgiem dzieci. Z wyrazem troski na twarzy Taverner rozpoznał przy wyjściu funkcjonariuszy miejscowych służb. Pasażerowie podlegali ścisłej kontroli. Kiedy opuszczono pochylnię, funkcjonariusze ruszyli do przodu.
   Taverner wstał i zebrał swoją rodzinę.
   - Nie zwracaj na nich uwagi - powiedział do Ruth. - Mamy dobre papiery.
   Według nienagannie przygotowanych dokumentów Taverner był maklerem specjalizującym się w metalach kolorowych i poszukującym możliwości handlu hurtowego. Callisto było centrum wymiany handlowej w dziedzinie ziemi i bogactw naturalnych. Nieustanny strumień żądnych pieniądza przedsiębiorców płynął w obie strony przywożąc surowce ze słabo rozwiniętych księżyców i dostarczając maszyny górnicze z planet wewnętrznych układu.
   Taverner starannie przewiesił płaszcz przez rękę. Potężnie zbudowany mężczyzna w wieku trzydziestu kilku lat, mógł uchodzić za prosperującego biznesmena. Jego dwurzędowy garnitur był drogi, lecz tradycyjny, a buty wypucowane do połysku, Zważywszy to wszystko, miał szansę przejść bez problemu. Zbliżający się do wyjścia Taverner z rodziną stanowili idealny wprost obraz przedstawiciela średniej klasy międzyplanetarnej.
   - Pan przybywa w jakiej sprawie? - zapytał funkcjonariusz w zielonym mundurze, z długopisem zawieszonym w powietrzu. Sprawdzono dowody tożsamości, sfotografowano i wciągnięto do akt. Porównano EEG - zwykłe rutynowe czynności.
   - Metale kolorowe... - zaczął Taverner, ale natychmiast przerwał mu drugi urzędnik.
   - Pan jest już trzecim policjantem dziś rano. Co wy tam kombinujecie na tej Terra? - Urzędnik wpatrywał się w Tavernera intensywnie. - Mamy więcej policjantów niż duchownych.
   Starając się nad sobą panować Taverner odparł spokojnie:
   - Przyjechałem tu na odpoczynek. Ostry alkoholizm - żadna misja oficjalna.
   - To samo powiedzieli pańscy pobratymcy. - Funkcjonariusz uśmiechnął się niewesoło. - A zresztą - jeden mniej czy jeden więcej glina z Terry - co za różnica. - Otworzył barierki i skinął na rodzinę Tavernerów, żeby przechodziła. - Witajcie na Callisto. Bawcie się dobrze, miłego wypoczynku. To najszybciej rozwijający się księżyc w całym układzie.
   - Praktycznie planeta - zauważył Taverner z ironią.
   - Tylko patrzeć. - Urzędnik przejrzał jakieś raporty. - Nasi przyjaciele w waszej małej organizacji donoszą, że rozklejacie na ścianach jakieś mapy i wykresy dotyczące Callisto. Czyżbyśmy byli aż tak ważni?
   - Czysto akademickie zainteresowanie - rzekł Taverner; jeżeli przyuważyli trzech, to znaczy, że mają całą grupę. Najwyraźniej miejscowe władze były nastawione na wykrywanie wszelkiej infiltracji... Ta myśl zmroziła Tavernera.
   Ale go przepuszczają. Czyżby byli aż tak pewni siebie?
   Sprawy nie wyglądały dobrze. Wypatrując taksówki w ponu-rym nastroju szykował się do pozbierania rozproszonych członków grupy.

   Wieczorem w barze "Lampion" na głównej ulicy handlowego centrum Taverner spotkał się z pozostałymi członkami zespołu. Pochyleni nad szklaneczką whisky porównywali spostrzeżenia...
   - Jestem tu prawie od dwunastu godzin - zaczął Eckmund gapiąc się apatycznie na rzędy butelek w mrocznej głębi baru.
   W powietrzu unosił się dym cygar; szafa grająca w kącie łomotała metalicznie. - Przeszedłem się po mieście patrząc, robiąc różne obserwacje.
   - Co do mnie - powiedział Dorser - to wybrałem się do taśmoteki. Próbowałem porównać oficjalne mity z rzeczywistością Callisto. Rozmawiałem z uczonymi - z ludźmi światłymi, których spotykałem w czytelniach.
   Taverner sączył drinka.
   - No i co? Macie coś ciekawego?
   - Wiesz, najlepsza jest najprostsza metoda na chybił trafił - uśmiechnął się krzywo Eckmund. - Łaziłem zwyczajnie po jakiejś ulicy slumsów i próbowałem rozmów z ludźmi na przystanku autobusowym. Zacząłem narzekać na władze: na autobusy, na kanalizację, podatki - na wszystko. Natychmiast się przyłączyli. I to tak od serca, bez wahania. I bez strachu.
   - Legalny rząd - skomentował Dorser - ma zwykłą archaiczną strukturę. System dwupartyjny; jedna partia trochę bardziej konserwatywna od drugiej - nie ma właściwie między nimi żadnej zasadniczej różnicy. Ale obie wybierają kandydatów w jawnych wyborach wstępnych biorąc pod uwagę głosy wszystkich zarejestrowanych wyborców. - Po jego twarzy przebiegł skurcz rozbawienia. - Wzorowa demokracja. Podręcznikowa. Same szczytne slogany: wolność słowa, zebrań i religii, te rzeczy. Braliśmy to. Elementarz.
   Cała trójka zamilkła na chwilę.
   - Są więzienia - odezwał się wolno Taverner. - W każdym społeczeństwie zdarzają się pogwałcenia prawa.
   - Odwiedziłem jedno z nich - rzekł Eckmund bekając. - Złodziejaszki, mordercy, zbiegli dłużnicy, bandziory - to samo co wszędzie.
   - A nie ma więźniów politycznych?
   - Nie. - Eckmund podniósł głos. - Możemy mówić dowolnie głośno. Nikogo to nie obchodzi, nawet władzy.
   - Pewnie po naszym wyjeździe zamkną z kilka tysięcy ludzi - mruknął Dorser w zamyśleniu.
   - Mój Boże - odparł Eckmund. - Przecież każdy może opuścić Callisto, kiedy chce. A w państwie policyjnym granice muszą być zamknięte. Ich granice są szeroko otwarte - ludzie się kręcą w te i we w te.
   - Może to jakiś pierwiastek chemiczny w pitnej wodzie - zasugerował Dorser.
   - Ale jak, do diabła, mogą mieć system totalitarny bez terroryzmu? - rzucił retoryczne pytanie Eckmund. - Daję głowę, że nie mają policyjnej kontroli myśli. Tu praktycznie strach nie istnieje.
   - Ale w jakiś sposób wywierają na ludziach presję - nalegał Taverner.
   - W każdym razie nie metodami policyjnymi - powiedział z naciskiem Dorser. - Nie siłą i brutalnością. Nie przez aresztowania, więzienia i przymusowe roboty.
   - Gdyby to było państwo policyjne - rzekł z namysłem Eckmund - to byłby jakiś ruch oporu. Jakaś grupa wywrotowa mająca na celu obalenie władz. Ale w tym kraju możesz otwarcie narzekać; możesz sobie kupić czas na antenie radiowej i telewizyjnej, miejsce w gazetach - co chcesz. - Wzruszył ramionami. - Skąd w takich warunkach podziemny ruch oporu? To bzdura.
   - A jednak - rzekł Taverner - ci ludzie żyją w systemie jednopartyjnym, z obowiązującą linią partyjną i oficjalną ideologią. Widać po nich skutki starannie kontrolowanego państwa totalitarnego. Są królikami doświadczalnymi - bez względu na to, czy sobie zdają z tego sprawę, czy nie.
   - A czy mogliby nie zdawać sobie z tego sprawy?
   Taverner, zakłopotany, potrząsnął głową.
   - Też uważam, że to niemożliwe. Ale musi działać tu jakiś mechanizm, którego nie rozumiemy.
   - Wszystko stoi otworem. We wszystko mamy wgląd.
   - Pewnie szukamy nie tego, co trzeba. - Taverner od niechcenia spoglądał na ekran telewizyjny nad barem. Zwykły muzyczno-taneczny program z gołymi dziewczynkami właśnie się kończył i ukazała się męska twarz. Sympatyczny, pięćdziesięcioletni mężczyzna o okrągłym obliczu, szczerych niebieskich oczach, niemal dziecinnie ruchliwych ustach i z aureolą delikatnych ciemnych włosków wokół lekko odstających uszu.
   - Przyjaciele - zagrzmiała postać z ekranu. - Miło mi, że mogę dziś wieczór być z wami. Chciałbym sobie z wami pogadać.
   - Reklama - rzekł Dorser gestem zamawiającym u mechanicznego barmana następnego drinka.
   - Kto to jest? - zainteresował się Taverner.
   - Ten sympatyczny piernik? - Eckmund przeglądał swoje notatki. - Popularny komentator. Nazywa się Yancey.
   - Czy on jest członkiem rządu?
   - Nic o tym nie wiem. To taki domorosły filozof. W stoisku z gazetami znalazłem jego życiorys. - Eckmund podał szefowi broszurkę w wesołych kolorach. - O ile się zorientowałem, zupełnie zwyczajny facet. Był w wojsku, brał udział w wojnie między Marsem a Jupiterem. Odznaczony na polu bitwy, dosłużył się stopnia majora. - Obojętnie wzruszył ramionami. - Mówiący almanach. Obiegowe sądy na każdy temat, stare, dobre rady, w rodzaju, jak się wyleczyć z zaziębienia. I jak jest źle na Terra.
   Taverner obejrzał broszurkę.
   - Tak, widziałem na mieście jego podobizny.
   - Bardzo popularna postać. Uwielbiany przez masy. Przedstawiciel ludu - przemawia w ich imieniu. Kiedy kupowałem papierosy, zauważyłem, że popiera pewien szczególny gatunek, który od razu zrobił zawrotną karierę, niemal wypierając wszystkie inne z rynku. To samo z piwem. Whisky w tej szklance to też pewien rodzaj popierany przez Yanceya. Nie mówiąc o piłeczkach tenisowych. Tyle że on nie gra w tenisa; Yancey gra w krokieta. Bez przerwy, w każdy weekend. - Biorąc kolejnego drinka Eckmund dokończył: - Dlatego teraz wszyscy grają w krokieta.
   - Jak krokiet mógł się stać sportem ogólnoplanetarnym? - rzucił Taverner.
   - To nie jest planeta - sprostował Dorser. - To nędzny księżyc.
   - Nie w opinii Yanceya - rzekł Eckmund. - Mamy traktować Callisto jako planetę.
   - Niby w jaki sposób?
   - W sensie duchowym to jest planeta. Yancey chce, żeby ludzie patrzyli na sprawy z duchowego punktu widzenia. Podkreśla, że rządowi powinny przyświecać takie ideały, jak Bóg i uczciwość i że ci ludzie powinni być pracowici i moralnie czyści. Wyświechtane truizmy.
   Twarz Tavernera stężała.
   - To ciekawe - mruknął. - Będę musiał go poznać.
   - Po co? To miernota, najnudniejszy facet, jakiego można sobie wyobrazić.
   - Możliwe - odparł Taverner. - Dlatego mnie interesuje.

   Babson, wielki i groźny, powitał Tavernera u wejścia do Budynku Yanceya.
   - Oczywiście, że może się pan zobaczyć z panem Yanceyem. Ale pan Yancey jest człowiekiem bardzo zajętym, więc to nie będzie sprawą prostą. Każdy chce się widzieć z panem Yanceyem.
   Taverner był niewzruszony.
   - Jak długo będę musiał czekać?
   Kiedy szli przez główny korytarz do wind, Babson dokonywał obliczeń.
   - No, powiedzmy, cztery miesiące.
   - Cztery miesiące?
   - John Yancey to chyba najbardziej popularny spośród żyjących ludzi.
   - Może tutaj - rzekł ze złością Taverner, kiedy wchodzili do zatłoczonej windy. - Ja w każdym razie nigdy o nim nie słyszałem. Ale jak on jest taki dobry, to dlaczegoście go nie otrąbili po całym Niplanie?
   - Szczerze mówiąc - przyznał Babson konfidencjonalnym szeptem - zupełnie nie rozumiem, co ludzie w nim widzą. Dla mnie to po prostu zero. Ale wszyscy się nim zachwycają. Ostatecznie Callisto to prowincja. Yancey przemawia do takiej wiejskiej mentalności, do ludzi, którzy pojmują świat wprost. Obawiam się, że Terra byłaby dla niego miejscem zbyt wyrafinowanym.
   - A próbowaliście?
   - Jeszcze nie - odparł Babson. I z namysłem dodał: - Może później.
   Podczas kiedy Taverner zastanawiał się nad znaczeniem słów zwalistego mężczyzny, winda stanęła. Wysiedli i znaleźli się w luksusowym, wyłożonym dywanem hollu, oświetlonym lampami umieszczonymi we wnękach. Babson pchnął drzwi i weszli do obszernego, gwarnego biura.
   Właśnie wyświetlano najświeższą wersję postaci Yanceya. Śledziła go w milczeniu grupa yancemanów, z pełnym skupienia krytycznym wyrazem twarzy. Yancey siedział w swoim gabinecie przy staroświeckim dębowym biurku. Nie ulegało wątpliwości, że pracuje nad rozwiązaniem poważnych kwestii natury filozoficznej - biurko zarzucone było papierami i książkami. Na twarzy Yanceya malował się wyraz namysłu, trzymał się ręką za czoło, a jego ściągnięte rysy świadczyły o głębokim skupieniu.
   - To na niedzielny ranek - wyjaśnił Babson. Wargi Yanceya poruszyły się.
   - Przyjaciele - zaczął swoim dźwięcznym, intymnym, szczerym głosem - siedzę tutaj przy tym biurku, tak jak i wy siedzicie w swoich domach. - Kamera przesunęła się ukazując otwarte drzwi gabinetu. W living roomie widać było dobrze znaną postać żony Yanceya, pełnej wdzięku swojskiej kobiety w średnim wieku. Siedziała na wygodnej kanapie skromnie szyjąc. Na podłodze ich wnuk Ralf bawił się w dobrze znane szklane kulki. W kącie drzemał pies.
   Jeden z przyglądających się obrazowi yancemanów zapisał coś w notesie. Taverner spojrzał na niego zdumiony.
   - Oczywiście i ja tam byłem - podjął Yancey uśmiechając się krótko. - Czytałem Ralfowi komiksy. Siedział u mnie na kolanach. - Tło zblakło, a na ekranie pojawiło się jakby ulotne widmo Yanceya z wnukiem na kolanach. Zaraz potem wróciło biurko i pełen książek gabinet. - Taka rodzina jak moja to skarb - zwierzał się Yancey. - W tych czasach stresu jest dla mnie podporą.
   Śledzący obraz yanceman znów coś zanotował.
   - Siedząc tu, w swoim gabinecie, w ten cudowny niedzielny poranek - ciągnął Yancey - uświadamiam sobie, jak bardzo jesteśmy szczęśliwi, że żyjemy i że mamy tę wspaniałą planetę z pięknymi miastami i domami i te wszystkie rzeczy, które Bóg dał nam ku uciesze. Ale musimy bardzo uważać, żeby tych darów nie zmarnować.
   Yancey uległ przemianie. Taverner odniósł wrażenie, że jest to już jakby człowiek trochę innego pokroju, nie ten sam. Jego pogodny nastrój gdzieś się ulotnił. Był to Yancey starszy, a zarazem i większy. Ojciec o surowym spojrzeniu przemawiający do swoich dzieci.
   - Moi przyjaciele - zaczął - są takie siły, które mogłyby osłabić naszą planetę. Wszystko, co zbudowaliśmy dla naszych bliskich, dla naszych dzieci, może nam zostać odebrane z dnia na dzień. Musimy się uczyć czujności. Musimy bronić naszych swobód, naszej własności, naszego sposobu życia. Jeżeli damy się podzielić i zaczniemy się między sobą sprzeczać, staniemy się łatwym łupem dla wrogów. Musimy pracować wspólnie, przyjaciele.
   Oto, o czym myślałem tego niedzielnego poranka. Współpraca. Praca zespołowa. Potrzebne nam jest bezpieczeństwo, a żeby być bezpieczni, musimy jako społeczeństwo stanowić jedno. To klucz, przyjaciele, klucz do bardziej dostatniego życia. - Pokazując przez okno na trawnik i ogród Yancey powiedział jeszcze: "Ja byłem..." i tu głos urwał się, a obraz zastygł. W pomieszczeniu zabłysły wszystkie światła, a śledzący obraz yancemani zaczęli między sobą szeptać.
   - W porządku - powiedział jeden z nich. - Przynajmniej jak do tej pory. Ale co z resztą?
   - Znów Sipling - odparł drugi. - Brak jego części. Co się z tym facetem dzieje?
   Babson, zachmurzony, wstał.
   - Przepraszam bardzo - zwrócił się do Tavernera. - Ale muszę na chwilę wyjść. Sprawy techniczne. Może się pan tu rozejrzeć, jeśli pan ma ochotę. I jeżeli coś z literatury pana zainteresuje, to też bardzo proszę.
   - Dzięki - odparł niepewnie Taverner; był speszony. Wszystko wydawało się niewinne, nawet trywialne. A jednak coś było nie w porządku, i to coś zasadniczego.
   Zaczął się podejrzliwie rozglądać.

   Nie ulegało wątpliwości, że John Yancey wypowiadał się na każdy temat jak wyrocznia. W każdej dziedzinie miał swoje zdanie: w sprawie sztuki nowoczesnej, zastosowania czosnku do potraw, używania napojów alkoholowych czy jedzenia mięsa, socjalizmu czy wojny, wykształcenia, dużych dekoltów, wysokich podatków, ateizmu, rozwodów, patriotyzmu - istniały opinie Yanceya we wszystkich możliwych odcieniach i niuansach.
   Czy była jakaś dziedzina, w której by się Yancey nie wypowiadał?
   Taverner badał opasłe kasety, którymi wyłożone były ściany pomieszczenia. Wypowiedzi Yanceya szły już w miliony stóp taśmy... czy jeden człowiek może znać się na wszystkim?
   Taverner wybrał jakąś taśmę na chybił trafił i stwierdził, że jest to lekcja zachowania się przy stole.
   - Otóż pewnego wieczoru przy kolacji - zaczął miniaturowy Yancey, a jego głos popiskiwał cicho w uszach Tavernera - zauważyłem, jak mój wnuk Ralf kroi swój stek. - Yancey uśmiechnął się do audytorium, kiedy na wizję wpłynął obraz sześciolatka zajadle piłującego mięso. - Pomyślałem sobie, że biedny Ralf niepotrzebnie się tak męczy nad tym mięsem. I wydało mi się...
   Taverner wyłączył taśmę i włożył ją z powrotem we właściwą przegródkę. Yancey miał zdecydowane zdanie w każdej sprawie... ale czy rzeczywiście tak bardzo zdecydowane?
   Zaczęło w nim narastać dziwne podejrzenie. W niektórych sprawach tak. Pomniejszych. Tu Yancey miał jasność i sypał jak z rękawa maksymami zaczerpniętymi z bogatego skarbca mądrości ludowych. Ale co do problemów poważniejszych - natury filozoficznej czy politycznej - a to już co innego.
   Taverner wyjął jedną z licznych taśm z działu "Wojna" i puścił zupełnie przypadkowy fragment.
   - ...Jestem przeciwny wojnie - oświadczył Yancey gniewnie. - A ja coś mogę na ten temat powiedzieć. Bo ja już swoje na wojnie odsłużyłem.
   Potem nastąpił montaż scen batalistycznych. Z wojny między Jupiterem a Marsem, w której Yancey wyróżnił się odwagą, lojalnością wobec towarzyszy, nienawiścią do wroga, słowem całą gamą najwłaściwszych zalet.
   - Uważam jednak - ciągnął energicznie - że planeta powinna być silna. Potulność i słabość prowokują atak i rodzą agresję. Będąc słabi zachęcamy do wojny. Ważna jest gotowość, byśmy zawsze mogli bronić naszych bliskich. Całym sercem i duszą jestem przeciw wojnie bezsensownej, ale powtarzam raz jeszcze to, co już po wielekroć mówiłem: gdy trzeba, staniemy w potrzebie nie unikając wojny słusznej. Nie wolno cofać się przed odpowiedzialnością. Wojna to rzecz straszna, ale czasami się nie da...
   Odkładając taśmę na miejsce Taverner zastanawiał się, co też ten Yancey właściwie powiedział. Jakie są w gruncie rzeczy jego poglądy na wojnę? Zapełniły one ze sto kaset; bo Yancey chętnie się wypowiadał na tak poważne tematy, jak wojna, planeta, Bóg, podatki. Ale czy powiedział coś konkretnego?
   Tavernera przeszedł zimny dreszcz. Opinie Yanceya w poszczególnych, najczęściej trywialnych sprawach były bardzo jednoznaczne i stanowcze: psy są lepsze od kotów, grejpfrut jest za cierpki bez cukru, należy wstawać wcześnie rano, picie jest szkodliwe. Co zaś do problemów zasadniczej wagi, to poglądy Yanceya sprowadzały się do pustych frazesów. Ludzie, którzy zgadzali się z nim na temat wojny, podatków, Boga i planety, praktycznie nie zgadzali się z niczym. A jednocześnie ze wszystkim.
   W sprawach więc najważniejszych nie mieli żadnego zdania. Jedynie wydawało im się, że mają.
   Taverner zaczął pośpiesznie przeglądać taśmy dotyczące różnych ważnych dziedzin. Wszystko to samo. W jednym zdaniu Yancey dawał, w drugim odbierał. Efekt końcowy - zgrabne skasowanie tego, co zostało powiedziane, zręczna negacja. Ale widz miał złudzenie wspaniałej uczty intelektualnej. Było to zdumiewające. Profesjonalna robota: zbyt gładka jak na zwykły przypadek.
   John Edward Yancey najbardziej nieszkodliwy, a zarazem najbardziej jałowy z ludzi. Zbyt dobry na to, aby mógł być prawdziwy.
   Taverner, spocony, wyszedł z głównego pomieszczenia taśmoteki i przecisnął się ku biurom w głębi, gdzie zapracowani yancemani trudzili się przy biurkach i stołach montażowych. Dookoła wrzała robota. Otaczały go twarze łagodne, nijakie, niemal znudzone. Ten sam przyjazny, trywialny wyraz prezentował sam Yancey.
   Nijakie - i w swej nijakości diaboliczne. A on nie mógł zrobić dosłownie nic. Jeżeli ludzie chcieli słuchać Johna Edwarda Yanceya, jeśli chcieli w nim widzieć swój model, to co mogła na to poradzić policja Niplanu?
   Przecież nie popełniano tu żadnego przestępstwa.
   Nic dziwnego, że Babsonowi nie przeszkadzali myszkujący po kątach policjanci. Nic dziwnego, że władze ich wszędzie wpuszczały. Nie było więzień politycznych, pracy przymusowej, obozów koncentracyjnych... Po prostu nie istniała taka potrzeba.
   Izby tortur i obozy zagłady są jedynie tam, gdzie zawodzi perswazja. A tu perswazja działała idealnie. Państwo policyjne, terror, pojawia się wtedy, kiedy totalitarny aparat władzy upada. Wcześniejsze państwa totalitarne były niedoskonałe, władza ingerowała nie we wszystkie sfery życia. Ale technika łączności się rozwijała.
   Na jego oczach powstawało pierwsze totalitarne państwo nijakie i banalne. Ostatnie stadium zaś - koszmarne, ale doskonale logiczne - miało nastąpić wtedy, kiedy wszystkim nowo narodzonym chłopcom będą dawali na imię John Edward.
   Dlaczego nie? Przecież oni wszyscy już i tak żyli, działali i myśleli jak John Edward. A dla kobiet była pani Margaret Ellen Yancey. I ona miała swoje poglądy - swoją kuchnię, gust w sposobie ubierania się, swoje rady i przepisy, z których kobiety mogły korzystać.
   Były nawet dzieci Yanceyów do naśladowania dla młodzieży. Władze niczego nie przeoczyły.
   Babson przechadzał się z kordialnym wyrazem twarzy.
   - Jak idzie, panie funkcjonariuszu? - zachichotał, kładąc Tavernerowi dłoń na ramieniu.
   - Dobrze - wykrztusił Taverner unikając jego ręki.
   - Podoba się panu nasza mała organizacja? - W bełkotliwym głosie Babsona brzmiała autentyczna duma. - Robimy tu kawał dobrej roboty. Na wysokim poziomie artystycznym.
   Trzęsąc się z bezsilnej wściekłości Taverner wyskoczył na korytarz. Żeby nie czekać na windę, ruszył w stronę schodów. Musi się wydostać z Budynku Yanceya, uciekać stąd jak najprędzej.
   Z mroków korytarza wyłoniła się jakaś postać z twarzą bladą i napiętą.
   - Chwileczkę... Czy mógłbym z panem zamienić parę słów? Taverner odsunął faceta.
   - O co panu chodzi?
   - Pan jest z Terrańskiej Policji Niplanu? Ja... - Jabłko Adama mężczyzny podskakiwało gwałtownie. - Ja tu pracuję. Nazywam się Sipling. Leon Sipling. Muszę coś zrobić... ja już dłużej tego nie wytrzymam.
   - A co tu można zrobić - odparł Taverner - skoro oni wszyscy chcą być tacy sami jak Yancey...
   - Kiedy o to chodzi, że nie ma żadnego Yanceya - przerwał mu Sipling; jego chuda twarz drgała spazmatycznie. - To myśmy go zrobili... wymyśliliśmy go.
   Taverner stanął jak wryty.
   - Co wyście zrobili?
   - Ja się już zdecydowałem. - Głosem drżącym ze zdenerwowania Sipling przeszedł do rzeczy. - Zamierzam coś zrobić. I nawet dokładnie wiem co. - Czepiając się rękawa Tavernera wychrypiał: - Musi mi pan pomóc. Chcę z tym wszystkim skończyć, ale sam sobie nie poradzę.

   Siedzieli we dwóch w ładnym, dobrze urządzonym living roomie i popijając patrzyli na dzieci, które baraszkowały na podłodze. Żona Siplinga i Ruth Taverner wycierały w kuchni naczynia.
   - Yancey to jest postać syntetyczna - wyjaśnił Sipling - złożona. Taka osoba w rzeczywistości nie istnieje. Oparliśmy się na prototypach zaczerpniętych ze źródeł socjologicznych; sylwetkę Yanceya skomponowaliśmy z elementów typowych osobowości. Jest więc ona wierna w stosunku do życia. Ale pozbawiliśmy ją tego, co uznaliśmy za niepożądane, wzmacniając jednocześnie cechy korzystne. - I w zadumie dodał: - Taki Yancey mógłby istnieć. Jest wiele yancypodobnych ludzi. I na tym właśnie polega problem.
   - Czy od samego początku waszym zamysłem było urabianie ludzi na wzór i podobieństwo Yanceya? - zapytał Taverner.
   - Nie znam dokładnie zamysłów tych na samej górze. Ja zajmowałem się pisaniem tekstów reklamowych dla producentów płynu do ust. Władze Callisto angażując mnie tylko z grubsza określiły, o co im chodzi. Głównych celów programu mogłem się jedynie domyślać.
   - Czy przez władze rozumie pan Radę, która sprawuje tu rządy?
   Sipling roześmiał się ostro.
   - Mam na myśli syndykaty, do których należy ten księżyc. Tyle że nie wolno nam go nazywać księżycem. To planeta. - Wargi Siplinga zadrgały w wyrazie rozgoryczenia. - Władze mają bardzo poważny program. Zamierzają wchłonąć swoją konkurencję handlową na Ganimedzie. Jak się uda, to wszystkie planety trzymają w garści.
   - Ale przecież nie dobiorą się do Ganimeda bez otwartej wojny - zaprotestował Taverner. - Towarzystwa medeańskie mają za sobą swoją ludność. - I dopiero wtedy zaczęło mu świtać. - Rozumiem - powiedział cicho. - Oni w gruncie rzeczy chcą wojny. Ta wojna im się opłaci.
   - Ma pan cholerną rację. Ale żeby rozpocząć wojnę, muszą sobie urobić opinię publiczną. Bo ludzie nic przez wojnę nie zyskują. Wojna zetrze z powierzchni wszystkie pomniejsze płotki i pozostawi władzę w rękach jeszcze węższej grupy niż dotychczas. Żeby więc zyskać poparcie osiemdziesięciu milionów, muszą mieć społeczeństwo obojętne i potulne jak owce. I są na najlepszej drodze. Jak ta kampania z Yanceyem się skończy ludzie z Callisto zgodzą się na wszystko. Yancey za nich myśli. On im mówi, jak się mają czesać. W co grać. Opowiada kawały, które mężczyźni powtarzają w klubach. Jego żona przyrządza dania, które potem wszyscy jedzą na obiad. Jak cały ten światek długi i szeroki, dzień Yanceya powiela się w milionach. Wszystko, co on robi, w co wierzy. Już od jedenastu lat warunkujemy w ten sposób opinię publiczną. Bardzo ważnym elementem jest tu monotonia niezmienności. Całe pokolenie rośnie w oczekiwaniu gotowych odpowiedzi na wszystko.
   - Musi to być wielki przemysł - zauważył Taverner - cały ten program tworzenia i utrzymywania Yanceya.
   - Tysiące ludzi zajmuje się choćby samym pisaniem. Pan widział jedynie pierwsze stadium, a przecież tu idzie do każdego miasta. Taśmy, filmy, książki, magazyny, plakaty, broszury, sztuki dramatyczne audio i wideo, teksty do gazet, ścieżki dźwiękowe, komiksy dla dzieci, wersje ustne, skomplikowane reklamy... no te wszystkie rzeczy. Nieustający strumień Yanceya. - Biorąc ze stolika pismo wskazał artykuł wstępny "Jak się miewa serce Yanceya". - Autor zadaje pytanie, co byśmy zrobili bez Yanceya. W przyszłym tygodniu będzie artykuł na temat jego żołądka. - I Sipling dokończył cierpko: - Mamy miliony sposobów. Nie omijamy żadnej okazji. Nazywamy się yancemanami; to nowa forma sztuki.
   - A jaki jest wasz, to znaczy całego tego sztabu ludzi, stosunek do Yanceya?
   - Jedna wielka bzdura.
   - To znaczy, że żaden z was nie robi tego z przekonania?
   - Nawet Babson musi się śmiać. A Babson jest na samym szczycie; zaraz po nim idą chłopcy, którzy podpisują czeki. Boże, gdybyśmy kiedykolwiek wierzyli w Yanceya... gdybyśmy uważali, że ta bzdura jest cokolwiek warta... - Na twarzy Siplinga odmalował się wyraz strasznej męki. - Oto dlaczego nie mogę tego dłużej znieść.
   - No właśnie, dlaczego? - zapytał Taverner głęboko zaintrygowany. Jego laryngofon rejestrował wszystko i przekazywał do centrali w Waszyngtonie. - Interesuje mnie bardzo, dlaczego pan się wyłamał.
   Sipling pochylił się i zawołał na syna:
   - Mike, zostaw tę zabawę i chodź no tutaj. - I zwracając się do Tavernera dodał tonem wyjaśnienia: - Mike ma dziewięć lat. Yancey istnieje przez całe jego życie.
   Mike przyszedł posłusznie.
   - Słucham, tato.
   - Jakie masz stopnie w szkole? - zapytał ojciec.
   Chłopiec dumnie wypiął pierś; była to miniaturka Leona Siplinga o czystych błękitnych oczach.
   - Same czwórki i piątki.
   - To bystry dzieciak - rzucił Sipling pod adresem Tavernera. - Jest dobry z arytmetyki, geografii, historii - z tych wszystkich przedmiotów. - I do chłopca: - Zadam ci kilka pytań i chcę, żeby ten pan posłuchał twoich odpowiedzi. Okay?
   - Dobrze - odpowiedziało dziecko potulnie.
   Z chmurą na szczupłej twarzy Sipling zwrócił się do syna:
   - Chciałbym usłyszeć, co myślisz o wojnie. Mówiono wam w szkoła o wojnie; znasz wszystkie słynne wojny w historii, prawda?
   - Tak, tato. Uczyliśmy się o Rewolucji Amerykańskiej, o Pierwszej i Drugiej Wojnie Ziemskiej, o Pierwszej Wojnie Wodorowej i o wojnie między kolonistami Marsa i Jupitera.
   - Do szkół - wyjaśnił Sipling kwaśno - dostarczamy materiały yanceyowskie jako gotowe programy nauczania. Yancey wprowadza dzieci w tajniki historii, wszystko im wyjaśnia. Uczy przyrody. Właściwej postawy, astronomii i dosłownie wszystkiego o całym wszechświecie. Ale nigdy nie myślałem, że mój własny syn... - Głos Siplinga, nabrzmiały smutkiem, powoli zacichał, by po chwili nabrać życia. - No więc wiesz wszystko o wojnie. Okay, a co o niej sądzisz?
   Chłopiec odparł bez namysłu:
   - Wojna jest zła. Wojna to najstraszliwsza rzecz na świecie. Prawie wyniszczyła ludzkość.
   Wpatrując się w malca intensywnie Sipling zapytał:
   - Czy ktoś kazał ci tak mówić?
   Chłopiec zawahał się, niepewny.
   - Nie, tato.
   - Czy naprawdę w to wierzysz?
   - Tak, tato. To przecież prawda. Czy wojna nie jest zła?
   Sipling skinął głową.
   - Wojna jest zła. Ale co powiesz o wojnie sprawiedliwej?
   Chłopiec i tym razem odparł bez namysłu:
   - Takie wojny oczywiście musimy toczyć.
   - Dlaczego?
   I znów w stanowczej odpowiedzi chłopca nie było wahania:
   - Nie możemy pozwolić wejść sobie na głowę. To by tylko prowokowało agresję. Nie możemy dopuścić do panowania brutalnej siły. Musimy walczyć o świat... - malec szukał właściwych słów. - O świat, w którym rządzi prawo.
   Ze znużeniem, na pół pod nosem, Sipling skomentował:
   - Sam pisałem te puste, sprzeczne ze sobą słowa osiem lat temu. - Z wielkim wysiłkiem zbierając siły, podjął: - A więc wojna jest zła. Ale sprawiedliwe wojny należy prowadzić. Powiedzmy, że Callisto znajdzie się w stanie wojny z... weźmy zupełnie przypadkową planetę... na przykład z Ganimedem. - Sipling nie był w stanie ukryć gorzkiej ironii. - Tak, zupełnie przypadkową. A więc prowadzimy wojnę z Ganimedem. Czy byłaby to wojna słuszna? Czy po prostu wojna?
   Tym razem chłopiec nie odpowiedział. Zmarszczył gładkie czoło w wyrazie niepewności i wysiłku.
   - No co, nie odpowiadasz? - zapytał lodowatym tonem Sipling.
   - To znaczy... - jąkał się chłopiec - chciałem powiedzieć... - Spojrzał na ojca z nadzieją. - Ale chyba jak będzie trzeba, to ktoś nam powie, prawda?
   - Jasne. - Siplinga zatkało. - Jasne, że ktoś nam powie. Może nawet sam pan Yancey.
   Na twarzy malca odmalowała się ulga.
   - Tak, tato. Pan Yancey powie. - Odwrócił się. - Czy już nie jestem potrzebny?
   Kiedy Mike wrócił do rówieśników, Sipling, nieszczęśliwy, zwrócił się do Tavernera.
   - Wie pan, w co oni się bawią? Ta gra nazywa się Hippo-Hoppo. Domyśla się pan, czyj wnuk ją lubi najbardziej? I kto ją wymyślił?
   Zapadło milczenie.
   - Co pan proponuje? - zapytał Taverner. - Powiedział pan, że można coś zrobić.
   Na twarzy Siplinga pojawił się chłodny wyraz, jakiś przebłysk głębokiej przebiegłości.
   - Znam ich program... wiem, jak go można uniemożliwić. Ale ktoś musi przystawić władzom broń do skroni. W ciągu tych dziewięciu lat znalazłem klucz do charakteru Yanceya... klucz do nowego typu osobowości, jaką tu wykreowaliśmy, jest bardzo prosty. To element, który czyni człowieka tak uległym, że można z nim zrobić dosłownie wszystko.
   - Coś tu jest nie w porządku, ale niech pan mówi - rzekł Taverner cierpliwie, mając nadzieję, że linia do Waszyngtonu jest wolna.
   - Wszystkie opinie Yanceya są pozbawione treści. Najważniejsze to ich rozrzedzenie. Każdy element jego ideologii jest maksymalnie rozwodniony: żadnego nasycenia. Prawie osiągnęliśmy całkowity brak poglądów... zauważył to pan z pewnością. Tam gdzie to było możliwe, eliminowaliśmy poglądy kształtując człowieka apolitycznego. Bez własnego punktu widzenia.
   - Jasne - zgodził się Taverner. - Ale ze złudzeniem, że go ma.
   - Wszystkie elementy osobowości muszą być kontrolowane; zależy nam na pełnej sylwetce. Dlatego musi być konkretny pogląd na każdą konkretną sprawę. W każdej dziedzinie obowiązuje zasada: "Yancey przyjmuje najmniej kłopotliwą ewentualność". Najpłytszą. Poglądy proste, nie wymagające wysiłku, nie sięgające na tyle głęboko, żeby stymulować jakąkolwiek myśl.
   Taverner złapał, o co chodzi.
   - Dobre, solidne, całkowicie usypiające. - I pośpiesznie dodał: - Ale gdyby się trafił jakiś rzeczywiście oryginalny pogląd, taki, który by wymagał pewnego wysiłku, trudny do realizacji...
   - Yancey gra w krokieta Wobec tego każdy się obnosi z młotkiem do krokieta. - Oczy Siplinga błysnęły. - Ale gdyby tak Yancey upodobał sobie... Kriegspiel.
   - Co takiego?
   - Partie szachów rozgrywane jednocześnie na dwóch szachownicach. Każdy z partnerów ma swoją szachownicę, z kompletem figur. Ale nie widzi szachownicy tego drugiego. Sędzia widzi obie i informuje każdego z graczy kiedy wziął pionka albo kiedy stracił, kiedy postawił pionek na zajętym polu albo zrobił ruch niemożliwy, kiedy zaszachował albo został zaszachowany.
   - Rozumiem - rzekł Taverner śpiesznie. - Każdy z graczy próbuje wydedukować pozycję tego drugiego. Gra w ciemno. To dopiero wymaga umysłowego wysiłku.
   - Prusacy uczyli w ten sposób swoich oficerów strategii wojskowej. To jest coś więcej niż gra, to kosmiczne zapasy. A gdyby tak Yancey zasiadł wieczorem z żoną i wnukiem i rozegrał taki zgrabny sześciogodzinny maratonik? A gdyby tak jego ulubioną lekturą zamiast anachronicznych pełnych strzelaniny westernów były greckie tragedie? A ulubionym utworem muzycznym Fuga Bacha zamiast "Moje rodzinne Kentucky"?
   - Zaczynam rozumieć, o co chodzi - powiedział Taverner tak spokojnie, jak tylko potrafił. - Myślę, że będziemy mogli pomóc.

   Babson pisnął:
   - Ależ to jest nielegalne!
   - Absolutnie - potwierdził Taverner. - Dlatego tu jesteśmy. - Gestem dał znak brygadzie tajnej policji Niplanu, żeby zajęła Budynek Yanceya, ignorując pracowników, którzy siedzieli sztywno przy swoich biurkach. Do laryngofonu powiedział: - A jak z grubymi rybami?
   - Średnio - doszedł go słaby głos Kellmana, wzmocniony przez system przekaźnikowy między Callisto i Ziemią. - Niektórzy się oczywiście powymykali za granicę do swoich różnych posiadłości. Ale większość nie przypuszczała, że podejmiemy jakieś kroki.
   - Jak śmiecie! - skrzeczał Babson, a jego wielka twarz zwisała w fałdach białego ciasta. - Co myśmy takiego zrobili? Jakim prawem...
   - Uważam - przerwał mu Taverner - że powinniście odpowiadać choćby na gruncie stosunków czysto handlowych. Używaliście nazwiska "Yancey" dla promocji różnych produktów. Taka osoba nie istnieje. To pogwałcenie przepisów dotyczących etycznej strony reklamy.
   Usta Babsona zamknęły się z kłapnięciem, a następnie nieznacznie uchyliły.
   - Nie ma... nie ma takiej osoby? Ale przecież każdy zna Johna Yanceya. On jest... - I dokończył jąkając się i gestykulując: - On jest przecież wszędzie.
   Nagle w jego tłustej łapie pojawił się wredny mały pistolecik. Babson zaczął nim wymachiwać na oślep, ale Dorser podszedł i spokojnie wytrącił mu go z ręki, tak że broń ślizgiem przeleciała przez podłogę. Babson dostał ataku histerii. Zdegustowany Dorser zakuł go w kajdanki.
   - Zachowuj się jak mężczyzna - polecił. Ale ze strony Babsona nie było żadnego oddźwięku; znajdował się w takim stanie, że nic nie słyszał.
   Taverner, zadowolony, minął osłupiałą grupkę wyższych urzędników i pracowników i ruszył w głąb pomieszczeń biurowych. Z krótkim skinieniem głowy podszedł do biurka, przy którym nad swoimi papierami siedział Sipling.
   Pierwszy zmieniony obraz już zaczynał migać na monitorze. Dwaj mężczyźni stali obserwując go wspólnie.
   - No jak? - spytał Taverner, kiedy obraz się ustalił. - Pan to musi ocenić.    - Myślę, że to wystarczy - odrzekł nerwowo Sipling. - Mam nadzieję, że nie zrobimy zbyt wielkiego zamieszania... Budowaliśmy to jedenaście lat. Chcemy, żeby i demontaż był stopniowy.
   - Jak już powstanie pierwsza szczelina, wszystko zacznie się chwiać. - Taverner ruszył w stronę drzwi. - Da pan już sobie radę sam?
   Sipling spojrzał w stronę Eckmunda, który stał w drugim końcu pokoju, ze wzrokiem utkwionym w zdezorientowanych i zajętych robotą yancemanów.
   - Myślę, że tak. Dokąd pan idzie?
   - Pójdę sobie obejrzeć projekcję. Chcę widzieć pierwsze reakcje publiczności. - Przy drzwiach Taverner zawahał się. - Będzie to dla pana trudne zadanie - samemu emitować obraz. Bo przez jakiś czas nie może pan liczyć na pomoc.
   Sipling wskazał na swoich współpracowników. Wyglądało na to, że podjęli pracę tam, gdzie ją przerwali.
   - Na nich można liczyć - uspokoił Tavernera. - Jak długo będą dostawali pełne pobory.
   Taverner w zamyśleniu przeszedł przez korytarz do windy. W chwilę później zjeżdżał w dół.
   Na najbliższym rogu przed publicznym ekranem zebrała się grupka ludzi oczekując popołudniowego programu z Johnem Edwardem Yanceyem.
   Emisja rozpoczęła się w normalny sposób. Nie było co do tego najmniejszych wątpliwości: kiedy Sipling chciał, potrafił zrobić dobry kawałek; tym razem zrobił praktycznie wszystko.
   W koszuli z podwiniętymi rękawami i w poplamionych spodniach, z gracą w ręku i w słomkowym kapeluszu nasuniętym na czoło, Yancey, przykucnięty, uśmiechał się do palącego słońca. Obraz był tak autentyczny, że Taverner wprost nie mógł uwierzyć, że ktoś taki nie istnieje. Ale przecież widział, jak podległe Siplingowi zespoły pracowicie i fachowo budowały go od podstaw.
   - Dobry - zagrzmiał jowialnie Yancey. Otarł spoconą rumianą twarz i wyprostował się sztywno. - Do licha - zauważył - ale upał. - Wskazał na rabatkę pierwiosnków. - Właśnie je sadziłem. Cholerna robota.
   Na razie wszystko było w porządku. Tłum obserwował postać na ekranie obojętnie, pobierając swoją karmę ideologiczną bez szczególnych oporów. Jak księżyc długi i szeroki w każdym domu, w każdej klasie, biurze i na każdym rogu ukazywał się ten sam obraz. Który miał być powtarzany.
   - Tak - rzekł Yancey - jest naprawdę gorąco. Za gorąco dla tych pierwiosnków, one wolą cień. - Szybkie panoramiczne ujęcie pokazało starannie posadzone pod garażem pierwiosnki. - Z drugiej strony - ciągnął swoim gładkim, dobrodusznym, gawędziarskim tonem - moje dalie potrzebują dużo słońca.
   Skok kamery ukazał dalie rozbuchane w żarze słonecznym.
   Rzucając się na pasiasty leżak Yancey zdjął słomkowy kapelusz i chusteczką wytarł czoło.
   - Gdyby więc ktoś mnie zapytał - podjął wesoło - co jest lepsze: cień czy słońce, odpowiedziałbym, że to zależy od tego, czy jest się pierwiosnkiem, czy dalią. - Posłał do kamer swój słynny, szczery chłopięcy uśmiech. - Muszę być chyba pierwiosnkiem, bo mam już dzisiaj tego słońca szczerze dość.
   Ludzie słuchali cierpliwie. Może niezbyt fortunny początek, ale jego konsekwencje miały być długofalowe. I Yancey przeszedł do nich niezwłocznie.
   Jowialny uśmiech znikł. Jego miejsce zajął znajomy wyraz skupienia znamionujący głębokie myśli. Yancey szykował się do przemówienia: miało to być coś bardzo mądrego. I - tym razem - coś, czego jeszcze nie było.
   - Zmusza to człowieka - zaczął z namaszczeniem i powoli - do poważnego myślenia. - Automatycznie sięgnął po szklankę dżinu z tonikiem - szklankę, która do tej pory zawierała piwo. Leżące obok niej pismo to już też nie był miesięcznik "Psie opowieści", tylko "Przegląd psychologiczny". Zmiana tych szczegółów powoli miała zapadać w podświadomość słuchaczy; obecnie całą ich świadomą uwagę przykuwały słowa Yanceya.
   - Pomyślałem sobie - zaczął swoją orację, jakby ta mądrość była czymś świeżym i zupełnie nowym, co mu się właśnie w tej chwili objawiło - że niektórzy mogliby sądzić, iż powiedzmy słońce jest dobre, a cień zły. Ale byłoby to kompletnie głupie. Słońce bowiem jest dobre dla róż i dalii, dla moich fuksji zaś zgubne.
   Kamera pokazała jego wszechobecne wspaniałe fuksje.
   - Być może nawet znacie takich ludzi. Oni po prostu tego nie rozumieją. - I tu, jak to miał w zwyczaju, Yancey sięgnął do folkloru, żeby zilustrować swoją myśl. - Że to, co dla jednego jest pokarmem, dla drugiego jest trucizną. Ja na przykład lubię na śniadanie dwa sadzone jajka żółtkiem do góry, do tego parę duszonych śliwek i grzankę. Margaret woli talerz płatków. Ralf zaś nie jada ani jednego, ani drugiego. On lubi placki. A sąsiad z tej samej ulicy, ten co ma od frontu taki duży trawnik, wybrałby salceson i butelkę krzepkiego piwa.
   Taverner drgnął. No cóż, muszę próbować. Ale w dalszym ciągu słuchacze chłonęli to, co mówił Yancey, słowo w słowo. Pierwsze zwiastuny nowej myśli - że każdy człowiek ma swoją skalę wartości, specyficzny styl bycia, że każdy może wierzyć w co innego, cieszyć się i aprobować różne rzeczy - już się pojawiły.
   To musi potrwać, jak powiedział Sipling. Trzeba wymienić ogromną taśmotekę, przełamać ustanawiane w poszczególnych okresach nakazy. Wprowadzić nowy sposób myślenia, poczynając od banalnego porównania z pierwiosnkami. Kiedy dziewięcioletni chłopiec zechce znaleźć odpowiedź na pytanie, czy wojna jest słuszna, czy nie, musi sięgnąć do własnego umysłu. Nie będzie gotowej odpowiedzi podsuniętej przez Yanceya, którego nowa sylwetka wraz z nowym przesłaniem - że każdą wojnę jedni nazywają słuszną, a inni niesłuszną - jest już w przygotowaniu.
   Było takie oblicze Yanceya, które Taverner bardzo chciał zobaczyć. Ale trzeba było na nie jeszcze długo czekać. Yancey miał zmieniać swoje upodobania w dziedzinie sztuki powoli, ale stale. Pewnego dnia publiczność się dowie, że Yancey już nie przepada za sielankowymi reprodukcjami z kalendarzy ściennych, że teraz woli sztukę holenderskiego mistrza makabry i diabolicznej grozy z piętnastego wieku - Hieronima Boscha.

Przełożyła Zofia Uhrynowska-Hanasz

 


| HOME | BIOGRAFIA | BIBLIOGRAFIA | WYWIADY | ESEJE | OPOWIADANIA |
| INNI O NIM | GALERIA | TOP 10 | O AUTORZE |
Stworzone przez OTHERSITE